Jerzy Żurawski

podczas uroczystości urodzinowej Jerzego Żurawskiego, zorganizowanej przez Muzeum Nadwiślańskie na zamku w Janowcu
Latem 2010 roku Jerzy Żurawski, wieloletni dyrektor Muzeum Nadwiślańskiego i były miejski konserwator zabytków w Kazimierzu Dolnym ukończył 80 lat. Okazja ta stała się dla naszej redakcji motywem do przywołania Jerzego Żurawskiego, jakiego nie znamy.
Słowem - namówiliśmy Pana Dyrektora do wspomnień.

Red.: Moje pokolenie, ale i pokolenie moich rodziców przyzwyczajone jest do Pańskiej obecności w Kazimierzu. Stale spotykamy Pana spacerującego, biorącego czynny udział w życiu miasteczka, ciągle zaangażowanego, gotowego do dzielenia się swą wiedzą i doświadczeniem. Mówimy - dyrektor, konserwator. Wiemy o Pańskiej roli, jaką odegrał Pan w Kazimierzu, dodam - roli niebagatelnej. Jest Pan wpisany w naszą historię, ale tym razem interesuje mnie Pańska własna historia. Mówi Pan piękną, choć specyficzną polszczyzną, słuchając Pana zawsze się zastanawiam, skąd ten śpiewny język?
Jerzy Żurawski: Urodziłem się na Kresach przedwojennej Polski, w miasteczku powiatowym, który to powiat graniczył z Łotwą, Litwą i Związkiem Radzieckim. Miasteczko nazywa się Brasław i leży na samej północy dawnego województwa wileńskiego. Bardzo to piękne okolice, pełne jezior i lasów. Ojciec mój był pracownikiem miejscowego urzędu skarbowego. Pochodził z rolniczej, w zasadzie chłopskiej, ale bogatej rodziny, a jego dom przypominał raczej dwór aniżeli chatę. Ojciec się wyemancypował, jakkolwiek w duszy na zawsze pozostał rolnikiem, kochał rolnictwo. Podczas urlopów jeździł na wieś, żeby pracować, choć był urzędnikiem i miał średnie wykształcenie otrzymane w rosyjskich szkołach.
Mama natomiast była Podolanką. Pochodziła z Kamieńca Podolskiego. Razem ze swoją rodziną uciekła stamtąd w 1920 r. do Polski. Uciekli zimą, przez Zbrucz, w bród - ale to są inne dzieje... Ojciec mojej mamy jako galicyjski urzędnik - a ci byli cenieni - dostał pracę właśnie w Brasławiu, na stanowisku wicestarosty powiatowego. Tam moja mama poznała ojca.
Tradycje w domu naszym były polsko - białorusko - rosyjsko - podolskie. Wielka mieszanina, poczynając od obyczajów, a kończąc na kuchni. Typowe zjawisko w rodzinach z tamtych okolic.
Kuchnią domową rządziła babcia. Mieszkała z nami, nie była osobą starą. Mama nie pracowała, aczkolwiek też była po szkołach; ojciec bardzo dobrze zarabiał. Dom był zasobny, były w nim dwie służące - jedna specjalnie od gospodarstwa, gdyż ojciec miał duszę rolnika, zatem i krowę koniecznie musieliśmy mieć, i kury, także duży ogród i tak dalej.
mama, Regina Żurawska na werandzie domu
Babcia robiła wspaniałe wypieki, barszcze, pierożki, nadzwyczajności - trochę, niestety, te wspomnienia przysypała już dziś niepamięć.
O rodzicach mógłbym mówić bardzo długo...
U ojca zamiłowania do sztuki raczej ja nie dostrzegłem, chociaż pamiętam, że jako dziecko chodziłem z nim na spacery. Pamiętam i to, jak stawał w zachwycie nad urokiem krajobrazu, jak uczulał mnie na piękno przyrody, tamtej ojczystej przyrody, wśród jezior, lasów, piasków. Cudowne pojezierze. Był wrażliwy na piękno, jakkolwiek nie miał żadnego wykształcenia ku temu, ani nie uprawiał żadnej ze sztuk.
Natomiast rodzina mamy, to inteligencja kamieniecka z czasów rosyjskich. Dziadek Uniatycki, czyli jej ojciec, będący niegdyś urzędnikiem sądowym w Kamieńcu Podolskim świetnie grał na kilku instrumentach, między innymi w katedrze w Kamieńcu Podolskim grywał czasem na organach. Jego brat był kompozytorem. Ich przyjaciółmi byli Woytowiczowie - słynna rodzina muzyków. Stefania Woytowicz to sławna polska śpiewaczka, jej ojciec w dwudziestoleciu i po wojnie był znanym pedagogiem.
Ludzie z tego kręgu posiadali zainteresowania artystyczne, a ściślej muzyczne, których ja nie odziedziczyłem, odziedziczyła je za to moja siostra, która uczyła się gry na pianinie. Instrument owszem był w domu, ale siostra grywała dla siebie, potem zaś zupełnie zaniechała.
Red.: Trudno mi sobie wyobrazić małego Jureczka, wyrosłego na szacownego Pana, którego znam. Jaki był Jureczek?
1932 rok
W dzieciństwie byłem bardzo „różnym" chłopaczkiem. Z jednej strony dom nasz był domem inteligenckim, w powiatowym miasteczku byliśmy rodziną - że tak powiem - zauważalną. W tamtym powiatowym środowisku należeliśmy do elity. Przyjacielem domu był np. m.in. dziekan brasławski, lekarze. Inni znajomi również zajmowali jakieś stanowiska, mama przyjaźniła się ze starościną brasławską. Dlatego też wypadało mnie wychowywać przyzwoicie i starano się to czynić. Ale ja miałem koleżków za płotem, wywodzących się z rodzin rzemieślniczych i chłopskich, gdzie poziom wychowania był bardzo różny. Od nich nauczyłem się mówić po białorusku, a właściwie władać językiem, będącym mieszaniną polskiego, rosyjskiego i białoruskiego. Nauczyłem się też różnych brzydkich słów i obyczajów, nauczyłem się biegać boso (gdy nadeszła wojna, butów albo nie było wcale albo trzeba było oszczędzać). Wolałem bawić się z tymi koleżkami z sąsiedztwa zamiast z dziećmi inteligencji, bo oni byli po prostu ciekawsi, bardziej pomysłowi w zabawach, w bójkach... Było jeżdżenie na nartach, na łyżwach, urządzaliśmy różne eskapady - słowem najlepiej wychowany nie byłem.
tata, Antoni Żurawski
Zdarzało mi się psocić, ale bardzo bałem się ojca. Miał on ogromny autorytet w domu, co zresztą było rodzinne: ojciec miał 3 braci, u wszystkich panował patriarchat. O wszystkim decydował mężczyzna. Od ostatniego słowa ojca nie było odwołania. Było to zresztą wygodne, bo ojcowie pełniąc rolę głowy rodziny, czynili to w sposób odpowiedzialny, znali życie, byli ludźmi doświadczonymi, mającymi za sobą czasy carskie, przejścia I wojny światowej. Bałem się ojca, wobec tego póki żył (a zmarł w czasie wojny w 1942 roku), byłem w miarę przyzwoitym chłopcem. Później, gdy już ojca nie stało, matki się mniej bałem. Zresztą, matka zajęta była sprawami bytowymi, tym, by nas wykarmić i utrzymać, zapracowana w domu i ogrodzie, sama, gdyż w czasie wojny służby nie było (w ‘39 roku, 19 września wkroczyli do nas bolszewicy i natychmiast służące musiały zostać zwolnione). Ojciec próbował więc wtedy nauczyć matkę dojenia krowy - noooo, i to to było całe przedstawienie: krowa stała na podwórzu, ojciec instruował mamę jak ma doić, jak ma siedzieć na stołku, jak ma trzymać wiadro, jak ma pociągać za dojki, a babcia odganiała gałązką muchy. Za ogon trzymała nasza przyjaciółka pani Kurczewska, miejscowa aptekarzowa, jej zaś mąż trzymał krowę za rogi. My - dzieci braliśmy się za boki, ale moja matka i tak dzielnie nauczyła się doić. Potem dwa kilometry chodziła co dzień na pastwisko. Było ono odległe, lecz trzeba było w południe krowę wydoić, a że krowa dawała dużo mleka, to pełne, ciężkie wiadro trzeba było te dwa kilometry nieść do domu. Nie mówiąc już o tym, że i w domu po śmierci ojca trzeba było wszystkie czynności gospodarcze wykonywać. Krowę o świcie zaprowadzić, wieczorne przyprowadzanie należało zamiennie do mojej siostry i do mnie. Nawóz wyrzucić z chlewu - to była ciężka praca. Trzeba było ogród uprawiać, był duży - i ogród ten nas żywił. Mama była bardzo dzielna, choć wydawało się, że to taka nic nie robiąca pani urzędnikowa. Przed wojną lubiła sobie dobrze pospać, tośmy ją z siostrą wyciągali z łóżka. Potem jadła śniadanie, przebierała się w szorty, na szorty nakładała rozpinaną spódniczkę, bolerko, parasolkę od słońca, torbę z drugim śniadaniem - i zabierała nas na przystań nad jeziorem. Tam plotkowała z paniami, które jak ona były żonami miejscowych urzędników. W czasie wojny, po śmierci ojca musiała się zająć ciężką pracą i podołała temu.
Mieliśmy własny dom. Ojciec wybudował go w 1929 roku i ja się w nim urodziłem.
1929 r., jeszcze nie ukończony dom PP Żurawskich
Pani się zdziwi, ale najbardziej odległe wspomnienie z dzieciństwa, jakie zachowałem jest takie: Zanim jeszcze umiałem mówić, umiałem już chodzić, choć ciągle nie bardzo pewnie trzymałem się na nogach. Po świętach Bożego Narodzenia rozebrano choinkę i do przedpokoju wstawiono skrzynkę z ozdobami. Na samym wierzchu położono ogromne bombki wielkości główki dziecka, z promienistymi zagłębieniami, piękne! Mama kochała te pięć bombek. Zawsze na końcu były wieszane i zawsze na wierzchu w skrzynce leżały, żeby nie zostały zgniecione. Mama siedziała na kanapie w saloniku, gdzie właśnie rozebrano choinkę, a ja łaziłem sobie i się bawiłem. Drzwi do przedpokoju zostały uchylone, a tam stała skrzynia. Podszedłem, wziąłem bombkę w dwie raczki i wracając do mamy potknąłem się o niski próg, przewróciłem, bombka upadała, rozbijała się, ja powiedziałem „bach!" - i wróciłem po następną. Mamie tak się to spodobało, że pozwoliła mi dwie bombki stłuc, ale trzy uratowała, i te trzy bobmy aż do 44 roku były dekoracją naszych drzewek. Ale wtedy, zamiast dać mi klapsa, mama rozbawiła się tak, że pozwoliła mi wziąć następną.
To moje najdalsze wspomnienie, głębiej pamięć nie sięga...
Mam inne, późniejsze, bardziej dramatyczne wspomnienie. Zima. Mogłem mieć może 5 lat i tamtego dnia, nie wiem dlaczego mama była ze mną sama w domu. Ojciec w pracy, inni - nie pamiętam, gdzie byli, w każdym razie mama kazała mi pozostać samemu w domu. Zamknęła mnie na klucz, ja się darłem oczywiście. Bo widzi pani, to było takie głupie wychowanie: niańki mnie straszyły, że jak będę niegrzeczny, to mama pójdzie ode mnie w świat, ucieknie. Zresztą i mama zdaje się niemądrze postępowała, bo i ona mnie w ten sposób straszyła, żebym był grzeczny. Ja jako wrażliwe dziecko ogromnie się tym przejąłem, bałem się, żeby mama ode mnie nie uciekła. W sytuacji, kiedy chciała mnie zostawić samego w domu, nie chciałem zostać, bo bałem się, że „sobie pójdzie". Mama była dosyć energiczna, wobec tego dała mi jakiegoś drobnego klapsa, „siedź cicho -mówi - poczekaj, ja zaraz wrócę". Odepchnęła mnie, zamknęła drzwi na klucz i poszła. A ja wpadłem w rozpacz. Pod schodami w spiżarni stała skrzynka z narzędziami, dopadłem jej, złapałem obcęgi. Chciałem młotek, ale duże obcęgi pierwsze wpadły mi w ręce. Podbiegłem do okna w saloniku wychodzącego na ulicę, wybiłem dwie szyby (w zimie były założone podwójne okna), tak jak stałem, na dwudziestostopniowy mróz, pokaleczony, (pokaleczyłem się wyłażąc), ociekający krwią - pobiegłem mamy szukać. Na szczęście już wracała i mnie zobaczyła. Strachu było co niemiara, co na to powie ojciec, ale zanim wrócił z pracy przyszedł szklarz, oszklił okna i ojciec nic na ten temat nie wspomniał. Chyba się rodzice trochę przejęli moim lękiem, rozpaczą, bo takiego czynu przecież tylko dziecko zrozpaczone mogło dokonać.

Red.: Co miało wpływ na wybór zawodu?
Przypadek.
Miałem ulubioną w gimnazjum nauczycielkę języka polskiego, która potrafiła nas zainteresować przedmiotem, była wesoła, młoda jeszcze, brała udział w Powstaniu Warszawskim, a losy zagnały ją na Pomorze Zachodnie, gdzie zdawałem maturę. Nie bardzo się orientowałem co to jest wyższa uczelnia, matka mnie nie wprowadzała w arkana studiów, nie tłumaczyła na czym one polegają, wobec czego chciałem się dostać na studia polonistyczne na Uniwersytet Warszawski i tam złożyłem dokumenty. Prosiłem, żeby je przesłano, bo taka była wówczas procedura, że szkoła przesyłała dokumenty. I moje przesłała, ale z wilczym biletem. Dlatego, że nie chciałem należeć do ZMP, mało tego - darłem z nimi koty. Byłem przekorny, człowiek ze wschodu, tęskniący do swoich stron... oczywiście nienawidziłem tego ustroju, tradycje rodzinne były zawsze antybolszewickie, wobec tego dosyć demonstracyjnie zachowywałem się przed maturą, miałem zresztą i matury nie zdać - taką dyrektywę otrzymał inspektor z kuratorium szczecińskiego od władz partyjnych powiatu. Kilka osób mialo nie zdać, wśród nich i ja. Ale ten pan był niezwykle uczciwy, więc wszyscy zdaliśmy maturę, za co on wyleciał ze stanowiska. Zapłacił posadą za osoby, które były na indeksie UB. Jak przyjechałem na egzamin na UW, okazało się, że w ogóle nie ma mnie na liście dopuszczonych do egzaminu wstępnego. Spytałem dlaczego. W dziekanacie pan robił zafrasowane miny i powiedział, żebym poszedł do komitetu uczelnianego ZMP, oni mi wytłumaczą. Poszedłem i się dowiedziałem, że jestem wrogiem ludu i nie mogę studiować na państwowej uczelni. Zacząłem zatem pracować i sobie wymarzyłem, że się dostanę do wyższej szkoły filmowej w Łodzi. Po roku pracy złożyłem tam papiery, zostałem dopuszczony do egzaminu wstępnego, ale na 600 kandydatów było 18 miejsc na wydział operatorski. Taki wybrałem dlatego, że miałem aparat fotograficzny i fotografowałem. Między nami mówiąc, sprawiedliwie nie zdałem, byli dużo lepsi ode mnie, m.in. wielu późniejszych wybitnych reżyserów i operatorów; ja się na to nie nadawałem. Wróciłem zatem do pracy, do Olsztyna. Straciłem przez to rok. Później moja siostra dowiedziała się od kolegi, że w Lublinie jest Katolicki Uniwersytet Lubelski, który przyjmuje bez egzaminów. Siadłem w pociąg i pojechałem na KUL. Okazało się, że jest już po terminie przyjmowania podań na ten rok akademicki, a wśród różnych kierunków na tym uniwersytecie odpowiadała mi właściwie tylko historia sztuki, bo nie filozofia, a do polonistyki byłem zrażony. Mając do wyboru historię i historię sztuki wybrałem tę drugą - nic o niej nie wiedząc. Oczywiście wiedziałem, kto to jest Matejko, Grottger, czy Dunikowski, ale się nigdy dogłębniej tym się nie interesowałem. Egzamin wstępny był dość łatwy, polegający na kilku wykładach, z których trzeba było zrobić notatki. Potem dano nam do przeglądnięcia reprodukcje dzieł znanych malarzy i trzeba było opisać wrażenia, jakie się odbiera bez identyfikowania obrazu z jego autorem. Okazało się, że ten egzamin zdałem dobrze, zostałem przyjęty i w taki sposób trafiłem na historię sztuki.
Sztuka mnie zafascynowała i to jeszcze przed studiami. Przypominam sobie, jak jechałem z moich rodzinnych stron do centralnej Polski. Zawlokło nas wtedy do Krakowa. W Krakowie, pilnującego naszych rzeczy na samochodzie, zostawiono mnie na Małym Rynku za prezbiterium kościoła Mariackiego. Przyglądałem się temu prezbiterium i ono mnie oczarowało. Pamiętam to wrażenie, choć miałem wtedy piętnaście lat. A później, przyjeżdżając po nasze rzeczy do rodziny w Myślenicach, znowu miałem przesiadkę w Krakowie. W ciągu kilku godzin zwiedziłem sukiennice i Wawel. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie te wnętrza i obrazy; już wtedy coś mnie do tej sztuki ciągnęło.
Poszedłem na historie sztuki. Przypadek okazał się szczęśliwy.

 

 

 

Wyszukiwarka

Aktualności

16.05.2015
"1945. Wojna i pokój." - to tytuł najnowszej książki Magdaleny Grzebałkowskiej, znanej w Kazimierzu m.in. ze świetnego artykułu w GW, poświęconego losom naszych kamieniołomów.
28.07.2014
Błyskotliwe, dowcipne teksty (i pieprzne podteksty), zrozumiałe dla tych, którzy nie celebrują domniemanej „magii" Kazimierza, a po prostu biorą go i rozumieją takim, jakim jest.
Muzyka z przestrzeni pomiędzy parodią a pastiszem, doceniana przez posiadaczy poczucia humoru oraz osoby muzykalne, czułe na nuty wpadające w ucho.
Oprócz zespołowych wykonawców obecnych jest tu parę miejscowych głosów, czasem bardzo rozpoznawalnych.
Sprawdźcie!
24.04.2014
OUTDOOR PHOTOGRAPHY CAMP to oferta wakacyjna dla dzieci i młodzieży: kurs języka angielskiego z udziałem native speakerów.

Strona 1 z 131  > >>